Przełamuję swoją wewnętrzną niechęć i jednak piszę. Jakoś zdecydowanie nie mam weny na pisanie tutaj. Wypadłam z rytmu zapisywania tekstów dzieci, a to była fajny motor do zamieszczania kolejnych wpisów. Dziewczynki ciągle mówią coś zabawnego, ale jak nie zapiszę, to potem sobie nie przypomnę, bo żaden dorosły takiego tekstu by nie wymyślił...
Aniu, Twój nowy blog mnie zmobilizował do pisania :)
Najpierw się pochwalę, bo zapomniałam poprzednim razem. Występowałam na scenie! W Stodole. I nie była to stodoła u zaprzyjaźnionego chłopa ;) tylko klub Stodoła. Tak naprawdę, to nie było to nic nadzwyczajnego. W mojej szkole tańca na koniec semestru występują wszystkie grupy. Ja włączyłam się w zabawę i jestem z siebie dumna. Nie poszło mi najlepiej, czytaj: na zajęciach wychodziło mi bardzo dobrze, a na scenie tak średnio. Ale bardzo się cieszę, że się przełamałam i wystąpiłam. Bo ja nie lubię wystąpień publicznych. Jakby co, to zdjęcia z tej imprezy są na stronie mojej szkoły tańca. Ale mnie tam nie znajdziecie - jakoś fotograf na mnie nie trafił ;)
W wakacje byłam na tygodniowym obozie tanecznym i moja technika przeskoczyła o stopień wyżej. Fajnie jest obserwować taką ewolucję. Na początku uważałam, że cha-cha i samba to bardzo łatwe tańce i że załapałam ich klimat. Na tym wyjeździe dowiedziałam się, że jeszcze nic nie kapuję. Wiem tylko jak stawiać stopy. Teraz opanowałam biodra i pracuję nad ramionami (a dokładniej to nad mięśniem pod łopatką). Ale jak próbuję wszystko połączyć, to kolana w cha-chy mi się uginają, a to niedozwolone. Czyli jeszcze wiele do odkrycia przede mną.
Już okrzepliśmy na nowym mieszkaniu. Jeszcze parę mebli do kupienia i poskładania zostało i za kilka tygodni mam nadzieję, że wypakujemy już wszystkie pudła. Bardzo się cieszę, że mamy wielu sympatycznych sąsiadów, z którymi można się zaprzyjaźnić. nasze dzieci lubią się z ich dziećmi, więc na pewno nasze spotkania będą kwitły...
Nie pamiętam czy pisałam tu o tym, że w poprzednim mieszkaniu sąsiad z dołu słyszał nasz każdy krok i w pewnym momencie zaczęło mu to przeszkadzać. Tutaj bardzo się staraliśmy nie denerwować nowych sąsiadów. Nasze dzieci już od dawna przyzwyczaiły się, że w domu się nie biega, nie podskakuje z radości, nie odbija się piłki itp. Kiedy z lekką obawą zapytałam sąsiada z dołu czy bardzo nas słychać odpowiedział: "Pani żartuje!? Jesteście tak cicho, że przez pierwsze 2 tygodnie myśleliśmy, że jesteście głuchoniemi!" Nareszcie we własnym domu zachowujemy się swobodnie i naturalnie i nie zastanawiamy się czy ktoś nam za to nie zwróci uwagi.
Dzieci zaczęły rok szkolny. Obie w nowych miejscach, z nowymi dziećmi. Radzą sobie wspaniale. Łatwo się zaprzyjaźniły z noymi koleżankami. Nie ma większych kryzysów. Klara jest w zerówce w naszej szkole rejonowej, a Emilka w przedszkolu przy kościele. Przedszkole jest dofinansowane przez Fundację na Rzecz Rodziny i prowadzone jest przez świeckich. Jest to dla mnie ważne, bo mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o szkoły prowadzone przez zakonnice. Całkiem dobrze się wszystko ułożyło jak na to, że dopiero w maju zaczęłam szukać dla dziewczyn zerówki i przedszkola na Kabatach.
Pozdrawiam ciepło wszystkich cierpliwych, którzy jeszcze tu zaglądają.
Jesteśmy już po wyjeździe wakacyjnym, a ja nadal czuję się jak na wakacjach. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że moja alergia aż tak wpływała na moje samopoczucie na Mokotowie. Teraz mam więcej energii, nie męczę się tak szybko, czuję się wypoczęta. W starym mieszkaniu czasami bywało mi niedobrze, bez wyraźnej przyczyny. Tutaj mi to przeszło. Zupełnie się nie spodziewałam takich pozytywnych zmian.
Teraz mamy większy balkon i możemy przyjmować tam gości. Siedzimy po wschodniej stronie budynku, mamy cień, chłód i powiew wiatru od lasu. Bardzo miły odpoczynek po całym dniu.
Na wakacjach przeczytałam wreszcie do końca "Pod słońcem Toskanii". Teraz czytam "Bella Toskania", czyli kontynuację tamtej historii. Aż się chce zamieszkać w Toskanii! A Janek kiedyś sprawdzał, że za nasze mieszkanie moglibyśmy tam kupić 2-pokojowe :) Z tych książek mam nowe włoskie przepisy, tylko brak tak świeżych i dojrzałych warzyw i owoców. Podobno we Włoszech sprzedają na targach to, co właśnie dziś jest u szczytu swojej dojrzałości. Za dwa dni będzie się już psuło. Trzeba kupić i od razu przyrządzić. A efekt jest gwarantowany. No i jadłospis danego dnia ustala się rano, w czasie zakupów na targu, w zależności od tego, co akurat jest w sprzedaży. Zupełnie inne podejście do jedzenia niż w mieście!
Kolejni znajomi zaglądają do nas, żeby obejrzeć nasze mieszkanie. A ja wypróbowuję kolejne przepisy włoskie :) Od kilku dni codziennie jemy focaccię. Szukamy przepisu doskonałego i wczoraj uznaliśmy, że się udało :) Pewnie nie muszę dodawać, że na balkonie smakuje lepiej niż w pokoju ;) Wiem, że jeszcze lepiej byłoby we własnym ogródku, ale nie zamierzam się tym przejmować.
Dialogi (tyle ich było, a ja ostatnio zapominam zapisywać i teraz nie mam zbyt wiele):
Emilka odlicza ile dni jeszcze zostało do wyjazdu: ćwaltek, piątek, sióśtek...
Od miesiąca nie siedziałam przy komputerze i czuję się dziś dość dziwnie...
Przeprowadzka właściwie zakończona. Jeszcze kilka paczek zostało do rozpakowania, ale nie ma tam rzeczy pierwszej potrzeby. Jestem zmęczona, ale bardzo zadowolona. Wyraźnie zmieniło nam się na lepsze. Większe mieszkanie, w nowym budownictwie, w mojej ulubionej dzielnicy... Na razie czujemy się trochę jak na wczasach.
Dialog:
Emilka bawi się przy mnie drobnymi monetami. Kiedyś dałam jej kilka, ale ponieważ akurat mamy gości z Włoch, więc wolę się upewnić czy nie wzięła ich pieniędzy. O: Emilko, skąd masz pieniążki? E: Eee, ze spodni. O: Niemożliwe, prałam ostatnio te spodnie i nic w nich nie było. E: No to... z mojej półki. O: Nie, tu ich też nie było wcześniej. Emilko, chcę żebyś powiedziała mi prawdę. Emilka widać, że się wysila, skupia, ale w końcu pełna dobrej woli pyta: Mamo, a jak się mówi prawdę?
Bardzo dawno nie pisałam, więc choć parę słów...
Emilka nam się rozchorowała. Przez tydzień miała cieknący wodnisty katar, była rozdrażniona i nie miała apetytu. A potem którejś nocy przyszła do nas i okazało się, że bardzo ciężko oddycha. Przyjechało pogotowie i pojechałyśmy do szpitala. Emi miała obturacyjne zapalenie oskrzeli - czyli oskrzela jej się ścisnęły i miała problemy z wydechem. Teraz jesteśmy w domu, ale jeszcze Emilka nie jest do końca zdrowa. No i bierze leki na astmę.
Nie wiem co będzie z tym blogiem, bo okazuje się, że hasło nadal nie działa. Przynajmniej nie zawsze. Ktoś wszedł tu bez podania hasła i zostawił komentarz. Niemoc WP jest osłabiająca.
Powoli pakujemy się w pudełka. I mentalnie szykujemy się do przeprowadzki.
Dwa tygodnie temu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Klara, która miała chodzić do zerówki przedszkolnej, została z całą grupą odgórnie przeniesiona do szkoły. Wszystko dlatego, że dla trzylatków brakuje miejsc w przedszkolach. A w szkole warunki są zupełnie inne, doroślejsze, na co się nie nastawiliśmy. Teraz jesteśmy do tego zmuszeni. Jest to moim zdaniem niezgodne z prawem. Takie narzucenie nam czegoś w ostatniej chwili. Skończyło się na tym, że Klara będzie chodzić do zerówki na Kabatach i nie będziemy musiały dojeżdżać na Mokotów - czyli jest i dobra strona tego wszystkiego. Emi pójdzie prawdopodobnie do przedszkola prywatnego, bo w państwowych w tamtej okolicy miejsc nie ma.
Dialog:
Emilka w szpitalu przysuwa mi krzesło do swojego łóżeczka, informując mnie: Źbliźkowałam ci ksieśło.
czwartek, 23 lutego 2012
Licznik odwiedzin: 41 055
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Nasze codzienne życie widziane oczami Oli - żony, matki i... kucharki amatorki. Główni aktorzy to mama Ola, tata Janek, Klara (7 lat), Emilia (5 lat), Paula (w niebie) i Łucja (5 miesięcy).

Mam 35 lat. Z wykształcenia jestem programistką i matematykiem, ale od kilku lat nie pracuję. Jestem w domu z dziećmi i jestem szczęśliwa.